Odmień 2 śniadanie! - Zuzanna Antecka

Z mojego dietetycznego i ciotecznego doświadczenia wynika, że wiele dzieci ma problem z drugim śniadaniem. Sama nie mam najlepszych wspomnień ze szkolnych posiłków. Jak jest z Wami? Wspominacie z rozrzewnieniem kanapki na przerwie, czy wręcz odwrotnie?
Trudności z drugim śniadaniem sprawiają, że rodziców buszuje po forach internetowych i poradnikach w poszukiwaniu inspiracji i rozwiązania problemu pt. „Moje dziecko przynosi ze szkoły pełną śniadaniówkę”. Postaram się podać w tym wpisie wszystkim zatroskanym rodzicom kilka ciekawych pomysłów, jak to zmienić!
drugie śniadanie
Julija...! / Foter / CC BY
Najważniejsze to pamiętać, że nie zmusimy naszego dziecka do zjedzenia II śniadania. Nie staniemy nad nim na przerwie i nie przekonamy, by wmusiło w siebie kawałek kanapki. Nawet jeśli chciałoby Ci się odwiedzać w tym celu szkołę każdego dnia, byłoby to chyba jedno z gorszych rozwiązań, bo trudno o lepszą receptę na zniechęcenie dziecka do czegoś niż przymus. Co zatem zrobić, jeśli Twoje dziecko notorycznie przynosi ze szkoły pełną śniadaniówkę? Proponuję zacząć od dwóch kroków:

Po pierwsze – zdiagnozuj problem. Dowiedz się, dlaczego właściwe pociecha nie je nic w szkole. Może nie jest głodna, nie ma na to czasu, koledzy też nie jedzą, a może wręcz odwrotnie – mają tyle jedzenia, że częstują wszystkich wokół i nikt nie ma ochoty na własne. Porozmawiaj ze swoim dzieckiem, a może okaże się, że problemem nie jest zawartość śniadaniówki, a coś zupełnie innego. Często jednak dzieci nie jedzą w szkole, bo nie podoba im się to, co znajdują w swoim pudełku. Przyczyn może być wiele, np.:

→ Jest to nudne, ma mało kolorów

→ Trzeci dzień z rzędu znajdują w nim to samo

→ Nie wiedzą, co to jest i wolą nie ryzykować

→ Nienawidzą szynki a to właśnie szynka jest w kanapce (choć skrzętnie ukryta pod grubym plastrem żółtego sera)

→ W ogóle nie mają pudełka, a kanapka i owoce wybrały się na spacer po zeszytach i podręcznikach i trudno zebrać je znowu do kupy

followtheseinstructions / Foter / CC BY-SA
To oczywiście dość wyraziste przykłady, ale chcę przy ich pomocy pokazać Ci, jak jak szeroki może być problem II śniadania. Jeżeli z Twojej diagnozy wynika, że problemem jest zawartość śniadaniówki, to zapraszam Cię do drugiego punktu.

Po drugie – przeprowadź gruntowany remanent II śniadania. Wyczyść wszystkie kąty, odmaluj ściany, powieś obrazki i czekaj na reakcje dziecka. Może zachwyci się tymi zmianami? Nie wiesz od czego zacząć? Najlepiej od tych pomysłów:

Zadbaj o wygląd. Nie szata zdobi człowieka, ale śniadaniówkę już tak. Dzieci jedzą oczami. Jeżeli coś jest nieapetyczne – raczej tego nie dotykają. Często nie lubią również, gdy jedzenie jest ze sobą wymieszane. Warto zatem zainwestować w zestaw pudełek różnej wielkości, w którym podasz przekąski dobrze od siebie oddzielone. Fajnie jeśli kanapki są estetyczne, ale nie ma co popadać w przesadę! Nie każde śniadanie musi wyglądać, jak wyjęte żywcem z najlepszego bloga kulinarnego. Wyluzujmy :) Ważne, by wyglądało ładnie i smakowało naszemu maluchowi.

Zrób burzę mózgów. Usiądźcie wspólnie z dzieckiem i wypiszcie wszystkie pomysły na drugie śniadanie, jakie przyjdą Wam do głowy. Zapiszcie je na dużej kartce papieru i zawieście na lodówce. Potem sprawdź, jakich składników będziecie potrzebować, by przygotować te posiłki i staraj się mieć je zawsze w kuchni. Dzięki temu nawet w kryzysowej sytuacji uda Ci się najprawdopodobniej przygotować ciekawe śniadanie. U niektórych rodziców sprawdza się również planowanie np. w niedzielę posiłków na kolejny tydzień. Może warto spróbować wprowadzić w ten sposób nieco porządku do zabieganego poranka?

Korzystaj z zamrażalnika! To mój największy przyjaciel w kuchni. Gdy pieczesz batoniki zbożowe lub zdrowe muffinki, schowaj kilka do zamrażalnika. Będą wspaniałym dodatkiem do śniadaniówki. Możesz mrozić też naleśniki, placki a nawet pasty kanapkowe. Wystarczy wyjąć je wieczorem poprzedniego dnia, a rano załadować do pudełka.

Dodaj coś od siebie. Mała karteczka z napisem „Smacznego”, „Kocham Cię” czy „Powodzenia” może zdziałać cuda. A nawet jeśli Twoje dziecko nic nie zje, na pewno się uśmiechnie! Świetnie sprawdzają się również kolorowe naklejki, rysunki, czy pieczątki. Poprawiają humor i sprawiają, że dziecko z ciekawością zagląda do swojego śniadaniowego pudełka.

Postaw na coś sprawdzonego. Jeżeli nasz maluch ma problemy ze zjadaniem posiłków, dobrym pomysłem jest łączenie czegoś nowego (nieznanego lub po prostu nieulubionego) z czymś znanym i lubianym. Dlatego warto do śniadaniówki dołożyć coś, co dziecko zje na pewno (może owoc? Kanapka z masłem orzechowym? Zbożowy batonik? Mus owocowy?). Pamiętajmy też, że II śniadanie to często jedyny posiłek w ciągu 5-6 godzin w szkole, dziecko nie może być głodne. Oczywiście nie chodzi o to, by cały posiłek był spełnieniem dziecięcych zachcianek, ale znajome produkty na pewno pomogą mu przekonać się do zjedzenie chociaż części jedzenia.

anotherlunch.com / Foter / CC BY

Na koniec podrzucam moich 5 patentów na to, co można dorzucić dzieciom do tornistra na II śniadanie. Może coś Was zainspiruje :)

Popcorn – oczywiście przygotowany samodzielnie z ziaren. Pożywny, zdrowy, łatwo go zapakować i miło się go chrupie na przerwie. 

Omlety-muffinki - wystarczy rozbełtać jajka z warzywami i przyprawami, które znajdziemy w lodówce (może zostało coś ze śniadania albo kolacji?) i upiec w foremce od muffinek. 15 minut i danie gotowe! 

Owsianka w słoiku – do przygotowania wieczorem poprzedniego dnia (idealna, gdy wiemy, że rano nie zdążymy nic zrobić). Wieczorem zalewamy płatki zimnym mlekiem, dodajemy ulubione dodatki, zakręcamy, wstrząsamy słoikiem i zostawiamy w lodówce do rana. 

Pizza na picie – które dziecko nie lubi pizzy? A jaka to frajda przynieść kawałek pizzy do szkoły! Przekrój chlebek pitę na pół, posmaruj pastą pomidorową, dodaj mozzarellę oraz ulubione warzywa i zapiecz. Doskonała na zimno. 

Masło orzechowe – cudowny słodko-słony przysmak, idealny zapychacz a do tego zdrowy! Można posmarować nim pieczywo, naleśniki, tortille lub podać jako dip do ulubionych owoców. Zaletą jest również to, że na pewno nie rozleje się w plecaku! 

A może i Wy macie sprawdzone ciekawe propozycje na śniadaniówkę dla Waszych maluchów? Chętnie odświeżyłabym swoją listę pomysłów!







12 opinii

  1. Dzieci są teraz ustawicznie przez rodziców przekarmiane. Drugie śniadanie o 11 po ogromnym śniadaniu o ósmej rano? Przecież to czyste wariactwo. Spokojnie można dać dziecku na drugie śniadanie jabłko, kawałek obranej marchewki, czy ogórek. Powinno spokojnie wystarczyć do obiadu. Chleb to węglowodany, których nie powinno się jadać w dużych ilościach przed południem, dlatego nie ma sensu ich kumulować. Posiłek kasza+owoce będzie dużo lepszy na podwieczorek, a nie rano, kiedy nasz organizm co prawda potrzebuje trochę węglowodanów na rozruch, ale naprawdę niedużo, nie potrafi ich przed południem dobrze strawić, zbyt obciążają wątrobę i trzustkę. Coś co w teorii ma nam zapewnić sprawny umysł sprawia, że jesteśmy senni i zmęczeni. Na pierwsze śniadanie lepiej dać dziecku szklankę mleka, albo trochę twarogu (dwie łyżki), wtedy bez problemu zje drugie śniadanie (też lekkie) i jednodaniowy obiad. Dzisiejsi dietetycy zabiegają o jedzenie kalorycznych śniadań, bo to im hoduje pacjentów w przyszłości. Sprytne. Tylko że nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z mojej aktualnej wiedzy żywieniowej (zgodnej z aktualnymi badaniami) wynika, że jednak węglowodany są podstawą dla sprawnego funkcjonowania mózgu, dlatego też są ważnym składnikiem zarówno pierwszego jak i drugiego śniadania. Mózg zużywa 50% glukozy, którą dostarczamy organizmowi, a dostarczamy ją głównie właśnie z węglowodanami. Oczywiście nasz organizm może wytworzyć glukozę z białka, ale jest to proces nieefektywny i niezwykle energochłonny (stąd tak wspaniałe efekty diet białkowych).
    Rozumiem, że ma Pani w tej kwestii odmienne zdanie, ale nie jestem w stanie się z nim zgodzić.
    A jeżeli chodzi o sugestię, iż dietetycy ustalają aktualne zalecenia żywieniowe, by mieć w przyszłości liczniejszych pacjentów.... cóż, nie mogę odpowiedzieć za wszystkich, ale ja na pewno swoimi zaleceniami staram się pomóc , a nie zaszkodzić. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. I to jest właśnie największa bujda, jaką sprzedają ludziom spece od dietetyki. Węglowodany są potzrebne, ale po pierwsze w bardzo małej ilości w porównaniu do białka i tłuszczy, po drugie ludzkie narządy do przetwarzania toksyn i inne do trawienia działają w różny sposób od pory dnia. Rano organizm ludzki bardzo źle trawi z zasady, a już węglowodany najbardziej. Więc spożywanie posiłków bogatych w węglowodany z rana może powodować tworzenie się insulinoodporności, a w efekcie nawet cukrzycę, bo organizm sobie po prostu z nimi nie radzi w sposób wystarczający. Mózg tez zużywa węglowodany w różny sposób, w zależności od aktywności organizmu. Zazwyczaj każdy organizm ma spory ich zapas i nie potrzebuje zastrzyku z glukozy rano (pomijam oczywiście mniejsze niemowlaki, bo one mają jeszcze niedojrzały układ trawienny i potrzebują stałego dopływu laktozy i białka). Reasumując - węglowodany tak, ale rano w małej ilości, np. w mleku lub innych produktach grupy nabiału (byle oczywiście nie ciężkostrawne żółte sery i pleśniowe), a w większej ilości popołudniu. Nie bez powodu lepiej myśli się na głodniaka. Po prostu jestesmy potomkami ludzi polujących. Najpierw trzeba wstać, pójść do lasu, przegryźć jagodą czy korzonkiem, zapolować, obrobić mięso, skóry i kości, a dopiero potem późnym popołudniem (przed zmrokiem) zjeść. Nie inaczej. Rolnictwo w dużej mierze zmieniło nawyki żywieniowe ludzi i wtedy zaczęły się wszelkie problemy ludzkości z otyłością. Za dużo kasz i zbóż = katastrofa. Przy czym jedzone z umiarem, po trochu, sa bardzo zdrowe. Po prostu wszystko, co jedzone w nadmiarze, może szkodzić. Jak byłam dzieckiem, faszerowano dzieci szpinakiem i sałatą, bo takie zdrowe niby. Oczywiście zamęczanie kasza manną, od której każdego z nas bolał nas brzuch, było na porządku dziennym. Na szczęście dzieci są mądre i nie chcą jeść tego świństwa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hania musiała nauczyć się w 1. klasie robić sobie sama śniadania do szkoły (w domu noworodek - mama przy nim unieruchomiona, jako mlekodajnia, drugi przedszkolak i tata śpioch spieszący się do pracy). Pokazywała mi tylko, co zmontowała, a ja polecałam nanosić poprawki - zwykle chodziło o to, ze samowolnie dodawała czekoladkę a nie wrzucała żadnego owocu czy warzywa. Po paru miesiącach mojego upierania się przy surowiźnie zaczęła dokładać ją sama, żeby nie przedłużać. Poza tym w szkole jest akcja z karmieniem młodzieży owocami i warzywami tudzież mlekiem. Jak rówieśnicy jedzą - ona też je, jak nie jedzą, nie je też, ale za to przynosi mnóstwo paczek rzodkiewek i wtedy zjadamy je na kolację razem:) Masło orzechowe rzeczywiście super - trzeba tylko uważnie czytać skład, bo niektóre maja tylko 65% orzechów. Podoba mi się pomysł z foremkami na muffinki, spróbuję przetestować. Podoba mi się też BARDZO pomysł, żeby usiąść z dzieckiem i obmyślić co by chciało zjeść, spisać, powiesić w zasięgu oka. Będziemy wdrażać - dziekuję. U nas róznie z tym bywa - raz lepiej, raz gorzej. najgorzej, jak są urodziny w szkole i częstują cukierkami.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lavinko muszę bo się uduszę jak to mówią. Wolność słowa panuje, szanuję to. Twoje zdanie również. Jednak Twoje komentarze ZAWSZE są negatywne. Skoro tak Cię denerwują moje i wpisy moich Gości, dlaczego je czytasz? Nie spotkałam się żebyś na jakiś temat była na "tak". Może lepiej odpuścić po prostu?

    OdpowiedzUsuń
  6. Moja woli rzodkiewki od czekolady, którą pluje po jednym kęsie i oddaje mamusi. Skutki pozwalania jej jeść dokładnie tego, na co ma ochotę (nie ograniczamy jej słodyczy, jeśli chce, to je, nawet przed obiadem). Dużo dzieci rzuca się na słodycze, bo to jest u nich w domu owoc zakazany. Jeśli dziecku od czasów niemowlęcych pozwala się jeść dokładnie to co chce, bez bawienia się w "zdrowe żywienie", dziecko nie ma złych nawyków przejadania się i samo wie, czego potrzebuje jego organizm. Dla przykładu, w czasie ospy moje dziecko żarło cytrynę jak jabłko. Ona nienawidzi cytryny. Ale kiedy zachorowała, jadła jej bardzo dużo. Jak ma katar i problemy z gardłem, rzuca się na kiszoną kapustę. Nikt jej nie tłumaczy, że to na zdrowie. Po prostu jej to proponujemy i może odmówić. Najlepiej poważnie porozmawiać z dzieckiem i przedyskutować jego zachcianki. Być może one coś oznaczają, tylko my nie wiemy co. Jak moje dziecko zaczyna się pchać do masła orzechowego, to już wiem, że ma niedobory w temacie pierwiastków i dajemy jej jak najwięcej naturalnych bakalii, orzechów, siemienia lnianego i ziaren słonecznika. Leżą sobie na tacce w domu, jak chce, to może je w każdej chwili zjeść. Tak meblujemy lodówkę, żeby każdy rodzaj pożywienia był w jej zasięgu, by mogła od razu sobie zjeść to, czego potrzebuje.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ależ mnie nic nie denerwuje, obśmiewam tylko mody na diety w "pierwszym świecie", które generują więcej chorób niż śmieciowe żarcie. Wesz, że w krajach, z których przyszedł do nas zwyczaj uprawiania zbóż i pasz - nigdy nie jadło się kaszy przed południem, tylko posiłki obiadowo-kolacyjne? Typowi Azjaci na śniadanie jedzą lekkostrawną zupę, a nie żadne kasze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie tylko o ten wpis mi chodzi. Każdy wpis, który komentujesz piszesz w negatywny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  9. E, nieprawda. Tylko na blogach matek. Ja nie wiem, co jest z polskimi matkami, ale tak jednostronnych wpisów na zasadzie bezmyślnego copy-paste z internetu nie odnajduję nigdzie. A przecież bywam przede wszystkim na blogach okołohistorycznych, okołopodróżniczych i różniścieśmiesznokadających typu i10, na matkowe wpadam tylko od czasu do czasu(ale jeśli śledzisz tylko disqusa, to możesz myśleć, że tylko tu komciuję, a to tylko ułamek). Tam się dobrze bawię i nie mam kogo krytykować, bo wpisy piszą ludzie, którzy mają dystans do rzeczywistości, a nie tylko powtarzają u siebie zasłyszane plotki. Wiesz, kiedyś przeczytałam rozpiskę, co powinno jeść moje dziecko. Wyszło 4x tyle, co ono je. Tylko że wiesz co? Moje dziecko ze wzrostem wyskoczyło właśnie ponad 97 centyl, a z wagą w 75 - uważam ją za żarłoka. Gdyby jadła tyle, ile żąda od niej ministerstwo zdrowia, chyba nie dałaby rady chodzić, tylko turlałaby się jak kulka po podłodze. Kulka sadła. W sumie jak patrzę na jej niektórych rówieśników, to podejrzewam, że są to po prostu ofiary "zdrowego odżywiania z internetu".

    OdpowiedzUsuń
  10. Tu się musze z Tobą zgodzić. Każdy z nas ma indywidualne zapotrzebowanie na różne składniki i nie powinniśmy zbytnio
    przejmować się normami. Normy mówią o średnim zapotrzebowaniu, czyli tak na prawdę o niczyim. To tak gdybyś dodała to, co je Twoja córka z tym, co je córka Twojej sąsiadki (która np. je więcej) podzielila to na 2 i kazała tyle im jeść. Bez sensu! Twoja by chodziła objedzona, a sąsiadki głodna. Dlatego tak ważne jest, by słuchać i ufać wewnętrznym sygnałom głodu i sytości. Jednak wydaje mi się, że popełniasz ten sam błąd myślowy, co normy - chcesz mierzyć inne dzieci miarą swojej córki. A uwierz mi, że są dzieci, które jedzą więcej i wcale nie są grube :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nauka przez doświadczenie jest najlepsza. Pozwalając córeczce robić samodzielnie śniadania, dałaś jej niezwykle cenne doświadczenie a przy okazji nauczylas bardzo ważnego nawyku- że warzywa i owoce to obowiązkowy składnik każdego posiłku :) gratulacje!
    Masz rację tez jeżeli chodzi o masło orzechowe - czytanie składu to podstawa. Jeszcze większa frajda to zrobić masło orzechowe razem z dzieckiem :)
    Cieszę się, że przydadzą się moje pomysły! Trzymam kciuki za wprowadzenie ich w życie :)
    A niestety z urodzinowym cukierkami nic nie zrobimy :/ to musiałaby być ogólnorodzicielska akcja. Ale myślę, że nie można ich zbytnio demonizować! Urodziny to w końcu tradycyjna okazja by zjeść coś słodkiego. Można walczyć tylko o umiar :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiesz, to jak "dużo" dzieci jedzą to jest sprawa rodzica. Kilka razy dowiedziałam się, że moje dziecko jest niejadkiem. Synek znajomych, wysoki, ciężki, tak jak moja, je w zasadzie tyle samo co moja córka (wynika z opisu mamy). Jego matka biadoli, że on nic nie je i go trzeba zmuszać do jedzenia (i rzeczywiście go zmusza). Bo normy wymagają, że powinien jeść pięć posiłków dziennie z taką to a taką liczbą kalorii. No plask. Z drugiej strony są dzieci jedzące naprawdę dużo, dużo za dużo, ale ważące bardzo mało. Dlaczego? Bo są nadmiernie otłuszczone (dieta zbyt bogata w węglowodany, to znaczy za dużo ich w porównaniu do białka i tłuszczy to często powoduje), a tłuszcz jest lekki, więc na przykład dziecko mające dosłownie wałki i oponki tłuszczu wszędzie jest w rejonie 25 centyla w wadze. Co robi mama? Wpycha jedzenia jeszcze więcej, by dziecko było "grubsze". To jest pułapka statystyk, tego cholernego BMI, które wcale nie jest wyznacznikiem zdrowia, ale ludzie wierzą w to jak w Boga. Meh. Dziecko z dużą ilością mięśni, tak jak wszyscy sportowcy, może mieć nawet za wysokie BMI. A wyglądać szczupło. A dziecko ważące bardzo niedużo może mieć za dużo tkanki tłuszczowej. A to się potem mści w życiu dorosłym, bo raz że z braku mięśni dziecko jest mniej ruchliwe, to jeszcze kondycja słaba i w efekcie następuje efekt domina. Wreszcie dziecko, a raczej już wtedy nastolatek robi się naprawdę otyły, ale jest już za późno. I przez resztę życia musi uważać, co je, bo jego organizm jest zaprogramowany na magazynowanie, a nie spalanie energii na bieżąco. I klops.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony czas. Napisz co sądzisz o tym poście?
Pomóż w rozwoju bloga :)